O autorze
Anglistka i politolog. Specjalistka w dziedzinie problematyki brytyjskiej, ekspert do spraw monarchii brytyjskiej, autorka książek o królowej Elżbiecie II i monarchii. Prorektor ds Nauki i Współpracy Międzynarodowej w Wyższej Szkole Studiów Międzynarodowych w Łodzi.

Brytyjczyków referendów w sprawie członkowstwa w UE czyli czy można zjeść ciastko i mieć ciastko?

Ulotka dot. referendum w 1975
Ulotka dot. referendum w 1975 foto Wioletta WIlk-Reguła - Archive of Mass Observation
Kilka dni temu premier Wielkiej Brytanii David Cameron zapowiedział referendum, w którym obywatele Zjednoczonego Królestwa mieliby odpowiedzieć na pytanie czy chcą pozostać w UE. Chciałoby się zawołać: no nie, znowu? To już kiedyś było, ile razy można organizować referendum w tej samej sprawie?

Wielka Brytania stała się członkiem Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej w 1973 roku za rządów Partii Konserwatywnej i Premiera Edwarda Heath’a. Ale już w następnym roku do władzy doszli Laburzyści mający w swoim programie renegocjacje warunków członkostwa. Obiecali również, że jak tylko te nowe warunki zostaną uzyskane, rząd zapyta obywateli w referendum czy chcą pozostać we Wspólnocie czy nie. Premier Harold Wilson dotrzymał słowa – 5 czerwca 1975 roku odbyło się referendum poprzedzone gorącą debatą, która jak nigdy wcześniej podgrzała cały kraj. Było to pierwsze takie referendum, które swoim zasięgiem objęło cały kraj. Do urn poszło 65% obywateli, zdecydowana większość – 67% poparła pozostanie we Wspólnocie Europejskiej.
Lata 80-te to okres rządów Margaret Thatcher. Legendarna przywódczyni brytyjskich konserwatystów dała sie poznać jako osoba o poglądach co najmniej eurosceptycznych, żeby nie powiedzieć antyeuropejskich. To ona waląc torebką w blat wymusiła na swoich europejskich partnerach ( panowie musieli być wstrząśnięci takim zachowaniem) tzw. rabat brytyjski, dzięki któremu Wielka Brytania wpłaca do wspólnej unijnej kasy dużo mniej niż powinna. Pani Thatcher twierdziła, że skoro lwia część pieniędzy idzie do poszczególnych państw członkowskich w postaci dopłat bezpośrednich do rolnictwa, to jej kraj jako zdecydowanie bardziej uprzemysłowiony niż rolniczy dostaje niewiele z powrotem. Było to rozumowanie zarówno słuszne, jak też kompletnie nieprzystające do głównej idei Wspólnoty Europejskiej, czyli pomocy słabszym. Rzecz w tym, że Brytyjczycy nigdy nie pomagali słabszym i nigdy nie udawali, że mają taki zamiar. Po co więc wstępowali do EWG?
Brytyjczycy, a wcześniej Anglicy, od zawsze nastawieni byli na robienie interesów z innymi państwami, głównie poprzez handel. Już w XVI wieku powstały Kompanie Handlowe, których celem było zdobycie rynków europejskich, a także dalekiej Rosji oraz Indii. Rodzące sie wtedy Imperium nie powstało by tworzyć potęgę militarną, lecz gospodarczą. Importować przyprawy, herbatę, jedwab i inne dobra luksusowe z Dalekiego Wschodu, a w zamian wysyłać tam własną produkcję, to było coś. Już w XVIII wieku Brytyjczycy mieli premierów i rządy, które odsuwając na bok nieudolnych hanowerskich królów prowadziły politykę merkantylizmu służącą budowie światowej potęgi gospodarczej nad Tamizą.
Gdy po II wojnie światowej Europa dźwigała się ze zgliszczy i gdy rodził sie pomysł wspólnej zjednoczonej Europy, jednym z jej entuzjastów był Winston Churchill. Bohater z czasów wojny właśnie lizał rany po przegranych w kraju wyborach, w których oddał władzę w ręce Partii Pracy. Był on wielkim zwolennikiem Stanów Zjednoczonych Europy, chociaż, jak mówił do przedstawicieli innych państw: to znakomity pomysł, wprawdzie nie dla nas Brytyjczyków, ale dla was tak. Ten niedosłowny cytat mógłby stać się motto tego co większość obywateli Zjednoczonego Królestwa myśli o Unii Europejskiej. Unia to dobry pomysł, jeśli można zarobić, byle się do siebie zanadto nie zbliżać.
David Cameron, jak przystało na spadkobiercę Churchilla i Thatcher jest trochę eurosceptyczny. Ale wie, że wyborów nie wygrywają partie skrajne – wybory wygrywa sie w centrum, dlatego stara się zapanować nad grupą konserwatywnych posłów , którzy już w zeszłym roku domagali się wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Nie jest łatwo być twardzielem wobec własnych posłów i wyborców, którzy nie chcą finansowania biednych państw a z drugiej strony rozmawiać z europejskimi przywódcami, wśród których dominują poglądy znacząco inne od tych, które słychać w Londynie. Ale jednak najważniejsi są wyborcy, szczególnie rok przed wyborami, a sondaże opinii społecznej pokazują wyraźnie, że mniej więcej połowa Brytyjczyków chciałaby opuścić Wspólnotę. Co zrobić, żeby zjeść ciastko i mieć ciastko? - oto pytanie prawie hamletowskie. Jak brać z Unii to co najlepsze nie dając zbyt dużo od siebie i jeszcze pozostać liczącym sie graczem? To prawdziwy dylemat. Jeżeli Cameron znajdzie dobre rozwiązanie na trwałe zapisze sie w historii europejskiej dyplomacji.
Trwa ładowanie komentarzy...