Jak państwowe uniwersytety walczą z prywatnymi uczelniami

Rektor Uniwersytetu Łódzkiego zabronił swoim pierwszo etatowym pracownikom zatrudniać się na drugim etacie w innych uczelniach. Nie wolno im nawet uczestniczyć w konferencji, organizowanej przez inną łódzką uczelnię. Pracownicy UŁ nie mają wyjścia – przychodzą do swoich ‘drugich’ pracodawców i przynoszą wymówienia. Są wściekli i upokorzeni, bo wprawdzie wolno im pracować na umowę o dzieło, ale to nie to samo co umowa o pracę. Są zmuszeni zmienić dobrą umowę na tzw. śmieciową. A co na to prawo? Nic, bo uczelnie są autonomiczne i rektor może sobie robić co chce. Z państwowego budżetu płyną strumieniem pieniądze podatników, więc krzywda mu się nie stanie.

Powszechnie wiadomo, że uczelnia aby utrzymać dany kierunek musi mieć odpowiednią kadrę na pierwszym etacie. Jednakże w określonych sytuacjach ważni są także pracownicy naukowi, których zatrudnia się jako będących na drugim etacie. Biorąc pod uwagę fakt, że pensum pracownika naukowego wynosi między 6,8 a 10 godzin tygodniowo, trudno się dziwić, że profesor czy też doktor bez krzywdy dla jakości dydaktyki, chciałby móc pracować na dwóch etatach. Wprowadzanie zakazów ma jeden cel: zniszczyć uczelnie prywatne, bo na co komu konkurencja w szkolnictwie wyższym?
Lata całe było przecież tak dobrze: monopol państwowych uczelni znany jest świetnie tym, którzy kończyli studia w poprzedniej epoce.



Opryskliwe panie w dziekanacie, wykładowcy spóźniający się na zajęcia, całkowita bezradność studentów, którzy chcieli egzekwować swoje prawa. Raptem po roku 1989 sytuacja zaczęła sie zmieniać, bo pojawiła się konkurencja – uczelnie prywatne. Początkowo było miejsce dla jednych i drugich, ale w związku z tzw. niżem demograficznym, który bardzo zmniejszył ilość potencjalnych studentów, państwowe uczelnie ruszyły do boju.

Już od kilku lat uniwersytety przyjmują znacznie więcej osób na poszczególne kierunki niż im wolno. Przyjmują wszystkich, często bez żadnej selekcji. Ale nie to jest najgorsze. Najbardziej przykra jest niechęć władz tychże uczelni do współpracy naukowej z innymi. Jak można ocenić fakt, iż rektor wydaje polecenie służbowe swojej zastępczyni zabraniając jej uczestniczyć w konferencji naukowej odbywającej się na uczelni prywatnej w tym samym mieście? Czy profesorowie, naukowcy, studenci nie powinni ze sobą współpracować? Czy nie byłoby ładnie wzajemnie się zapraszać na inauguracje roku akademickiego, sesje naukowe, konferencje? Czy nie tak powinna wyglądać misja uczelni?

Czasem jednak los jest przewrotny. Widziałam już byłego rektora jednej z uczelni państwowych, który po tym jak skończyła się jego kadencja, zmienił front i postanowił udawać wielką przyjaźń wobec władz uczelni prywatnej. Twierdził, że tamto co mówił i robił kiedyś, to nie było całkiem tak tylko musiał, no bo tak trzeba było... A na koniec zapytał, czy nie byłoby dla niego jakiejś pracy, choćby tylko na godziny....
Trwa ładowanie komentarzy...